Wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies) w celu gromadzenia informacji związanych z korzystaniem ze strony. Stosowane przez nas pliki typu cookies umożliwiają: utrzymanie sesji Klienta (także po zalogowaniu), dzięki której Klient nie musi na każdej podstronie serwisu ponownie się logować oraz dostosowanie serwisu do potrzeb odwiedzających oraz innych osób korzystających z serwisu; tworzenie statystyk oglądalności podstron serwisu, personalizacji przekazów marketingowych, zapewnienie bezpieczeństwa i niezawodności działania serwisu. Możesz wyłączyć ten mechanizm w dowolnym momencie w ustawieniach przeglądarki. Więcej tutaj. Zamknij

Testy Tech Historia Prawo Felietony Gazeta
Testy Tech Historia Prawo Felietony Cennik SZUKAJ



Partner

Czas wolny

Partner:


Ewa Ornacka
Wrobiony w dożywocie



Trudno uwierzyć, że ta historia zdarzyła się naprawdę

To nie tylko historia człowieka niesłusznie skazanego na dożywocie.
To historia zbrodni sądowej dokonanej w majestacie prawa.
To historia złamanego życia. Niejednego.
Historia, która mogłaby się przydarzyć każdemu z nas.

W 1999 roku od kul zginęli dwaj mężczyźni związani z półświatkiem. Na dożywocie za mafijną egzekucję skazany został Arkadiusz Kraska. Wyrok był wypadkową przestępstw popełnionych w śledztwie przez policjantów, niechlujstwa prokuratora i rutyny sędziego, przekonanego o własnej nieomylności.

Po kilkunastu latach spędzonych za kratami Arkadiusz Kraska otrzymał szansę na sprawiedliwość. Dały mu ją dwie kobiety – dziennikarka śledcza oraz prokurator. W 2016 roku w serialu Kobiety i mafia, realizowanym przez Ewę Ornacką, prokurator Barbara Zapaśnik powiedziała: „W moim przekonaniu, wbrew zapadłym wyrokom, Arkadiusz Kraska nie jest sprawcą tego zabójstwa”. Słowa te wywołały lawinę zdarzeń. Ewa Ornacka rozpoczęła dziennikarskie dochodzenie, a prokurator Zapaśnik poprowadziła nowe śledztwo. To, co odkryły, okazało się szokujące.

Ewa Ornacka to dziennikarka śledcza i scenarzystka. Autorka książek Tajemnice zbrodni i Alfabet mafii, scenariusza filmu Świadek w reżyserii Andrzeja Kostenki i serialu dokumentalnego Zbrodnie niedoskonałe. Autorka reportaży telewizyjnych o przestępczości zorganizowanej i białych kołnierzykach. Publikowała na łamach „Głosu Szczecińskiego”, „Życia Warszawy”, „Prawa i Życia”, „Wprost”, „Newsweeka”, „Uważam Rze” i „Śledczego” („Focus”). Nagrodzona Srebrną Kaczką SDRP za odwagę w opisywaniu mafii. W 2007 roku chroniona przez Centralne Biuro Śledcze.


FRAGMENT KSIĄŻKI
Wstęp
To nie jest historia „drugiego Tomasza Komendy” – człowieka niesłusznie skazanego na dwadzieścia pięć lat więzienia za gwałt i zabójstwo na skutek nieprawidłowości w postępowaniu karnym organów ścigania. To opowieść o zbrodni sądowej, dokonanej w majestacie prawa na Arkadiuszu Krasce, skazanym na dożywocie za mafijną egzekucję – od kul zginęli dwaj mężczyźni kojarzeni z półświatkiem. Wyrok był wypadkową przestępstw popełnionych w śledztwie przez policjantów, niechlujstwa prokuratora i rutyny sędziego, przekonanego o własnej nieomylności.
„Gruby, łysy, wytatuowany”, „po gębie widać, że kryminalista” – tak niektórzy (anonimowi rzecz jasna) komentatorzy z internetu oceniali bohatera tej historii, gdy po dwudziestu latach Sąd Najwyższy wypuścił go zza krat. „Widać, że nieźle go w tym więzieniu karmili”, „dobrze, że siedział, nieważne, że nie za swoje”, „pewnie i tak by w końcu kogoś zabił” – wylewali z siebie żółć.
Właśnie takiego człowieka postanowiła uratować najlepsza w kraju prokurator od pacyfi kowania tz w. polskiej mafii. Chociaż prokurator ma oskarżać, a nie bronić, to jednak Barbara Zapaśnik ze Szczecina, bo o niej mowa, pokazała, że stoi na straży prawa bez względu na to, czy to się podoba jej przełożonym, czy nie. W 2016 roku stanęła przed kamerami na planie serialu dokumentalnego Kobiety i mafia (realizowałam go wraz z ekipą ATM, zaprzyjaźnioną od czasów słynnego programu Alfabet mafii stacji TVN).
Pani prokurator, wówczas w stanie spoczynku, wypowiedziała słowa, które na zawsze odmieniły życie skazańca:
„W moim przekonaniu, wbrew zapadłym wyrokom, Arkadiusz Kraska nie jest sprawcą tego zabójstwa”.
Poruszyły one nie tylko mnie – autorkę programów i książek o polskiej mafii, ale przede wszystkim świadków tamtej zbrodni. Po latach przełamali strach. Przyjechali zza granicy, aby powiedzieć prawdę o strzelaninie, jaka rozegrała się w centrum portowego miasta we wrześniu 1999 roku.
Pani prokurator wróciła z wygodnej emerytury i poprowadziła nowe śledztwo. To, co odkryła, nie mieści się w głowie ani tak zwanym zwykłym ludziom, ani wytrawnym dziennikarzom śledczym.
O „sprawie Kraski” mówiono i pisano w wielu mediach. Wyjście na wolność rzekomego zabójcy relacjonowały najważniejsze stacje telewizyjne w kraju. Sędzia, który go skazał, powiedział reporterom, że nie orzekłby dożywocia, gdyby nie miał stuprocentowej pewności co do winy oskarżonego. Być może miałby wątpliwości, gdyby wnikliwie zapoznał się z koronnym dowodem demaskującym kłamstwa świadków. Tym dowodem, nieujawnionym w procesie Arkadiusza Kraski, była taśma z monitoringu stacji benzynowej – miejsca mafijnej egzekucji. Widać na niej nie tylko ofi ary, ale i osoby powiązane ze zbrodnią. Tymczasem kaseta VHS, zamiast skierować sprawę na właściwe tory, przeleżała wszystkie te lata w magazynie dowodów rzeczowych Sądu Okręgowego w Szczecinie. Arkadiusza Kraskę pozbawiono prawa do obrony.
Prawomocny wyrok może wzruszyć w Polsce jedynie Sąd Najwyższy. Książka, którą oddaję w Państwa ręce, powstawała, zanim zdecydował on o dalszych losach skazańca. Opisana tu historia nie jest relacją z dziennikarskiego śledztwa, lecz zapisem głosów osób, które znają ją od podszewki. Tamten wyrok odmienił także ich życie.
Trudno będzie Państwu uwierzyć, że takie rzeczy zdarzyły się naprawdę.
Ewa Ornacka


Rozdział 1
Kochanka Nikosia

Miała nogi jak Julia Roberts, głowę pełną szalonych pomysłów i ojca policjanta dbającego o jej maniery. W rodzinnym domu od dziecka widywała przedstawicieli służb mundurowych, prokuratorów i sędziów. Nie przeganiano jej od stołu, żeby nie przeszkadzała dorosłym, jak to było w zwyczaju w innych rodzinach. Podczas wspólnych posiłków bacznie obserwowała zachowanie gości. W lot przyswajała sobie słowa i gesty potrzebne w życiu.

Wychowywano ją na porządną osobę: szanującą rodzinę, tradycję i prawo. Kiedy dorastała, rodzice nie ograniczali jej wolności, jednak konsekwentnie wymagali, aby nie paradowała w zbyt krótkich spódniczkach, nie przeklinała i zawsze miała odrobione lekcje. Ale Mirela nie rwała się do nauki. Marzyło się jej kolorowe życie, z dala od zbyt sennego – jej zdaniem – Śląska.

Ojciec, szycha lokalnej policji, widział w niej „talent dochodzeniowo-śledczy”. Marzył, aby córka zdała maturę i dostała się do Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. „To bystra dziewczyna, błyskawicznie kojarzy fakty, ma odwagę żołnierza w natarciu i jest pyskata jak cholera, więc nadaje się do psiej służby” – przytakiwali kuzyni ojca z różnych miast w Polsce. Też policjanci. Była córeczką tatusia, jego oczkiem w głowie. Ucieczką z domu złamała mu serce, a wiadomość, że zadaje się z półświatkiem Trójmiasta, pogrążyła go w rozpaczy.


Pociąg do „Hollywood”

Dziś mówi, że to był impuls, młodzieńczy bunt. Działo się to w pierwszej połowie lat 90.
– Uciekłam ze Śląska z koleżanką w dniu swoich osiemnastych urodzin – wspomina Mirela Andersson. – Wskoczyłyśmy do pociągu i pojechałyśmy do Gdańska.
– Dlaczego tam?
– Bo tak nam było po drodze. To wolne miasto, plaża i morze, tłumy turystów. Dopiero tam poczułam, że żyję. Nie jak na Śląsku, gdzie dni były do siebie podobne. W Gdańsku było jak w Hollywood: kolorowe neony, kluby nocne, kasyno, bogaci mężczyźni i strumienie szampana.
Zatrudniła się w U Maxima w Gdyni, słynnej restauracji w malowniczej części miasta – Orłowie, nad samym morzem, przy molo. Wtedy Maximowi popularnością dorównywał jedynie sopocki SPATiF. W latach 80. częstym gościem bywał tam m.in. reżyser Jerzy Gruza, dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni, bywali też bogaci turyści i marynarze z różnych stron świata, a potem trójmiejska mafia. Dziś są tam jedynie ruiny, aż trudno uwierzyć, że z najsłynniejszego lokalu pozostała spróchniała buda.
– Byłam kelnerką, ale nie od razu trafiłam na salę. Szef skierował mnie najpierw do kuchni, żebym nauczyła się wszystkich potraw i potrafiła polecać je gościom. Robiłam za pomoc kuchenną, a następnie gotowałam z kucharzami. Kelnerką, podobnie jak inne dziewczyny, zostałam po dwóch miesiącach.
Szef chyba był gejem, kobiety traktował z szacunkiem, ale wobec wszystkich pracowników był restrykcyjny. Kazał oddawać napiwki, za to nie szczędził dodatków do pensji: kupował nam świetne ciuchy i zapewniał najlepszych fryzjerów. Wszystkie wyglądałyśmy jak laleczki.
Z czasem przeniosłam się do Sopotu. Znalazłam pracę w restauracji Meduza, a gdy dowiedziałam się, że w pobliżu otwierają klub go-go, zaczęłam tam pracę jako barmanka.
W głowie Mireli zawirowało. Mężczyźni nie mogli oderwać od niej oczu, dawali spore napiwki, a prywatnie spełniali wszystkie jej zachcianki. Czerpała z życia pełnymi garściami i wierzyła, że kiedyś, spacerując brzegiem morza w blasku księżyca, spotka swoją wielką miłość.
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że piękna dziewczyna bez pieniędzy szybko stanie się czyjąś zabawką.
– Wróciłam do domu z brzuchem. Urodziłam dwóch chłopców, ale nie byłam wzorową matką – przyznaje.
Wykarmiła ich, odchowała, a gdy pili już mleko z butelki, znów spakowała walizkę. Ciągnęło ją do świata. Rozgrzeszała się, że zostawia bliźniaki pod najlepszą opieką – babcia i dziadek nieba by im przychylili. Wsiadła do pociągu i pojechała do Gdańska. Tym razem przepadła na dobre.
– Pamiętam ją z tamtych czasów – wspomina Piotr Krajewski, artysta malarz z Trójmiasta. – Przyciągała wzrok jak magnes. Miała bujne rude włosy i piękną twarz. Naprawdę wyjątkowa uroda, ta dziewczyna była kwiatem towarzystwa. Widywałem ją w nocnych lokalach w otoczeniu ludzi z półświatka. Zwracali się do niej „Ewa” i traktowali z szacunkiem. Związała się ze znanym w Gdańsku złodziejem samochodów i jakiś czas byli parą. Dość szybko jednak została mu „odbita” przez samego Nikosia. Jego autorytet sprawiał, że nikt nie odważyłby się źle do niej odezwać.
Nikoś to nieżyjący już Nikodem Skotarczak – u schyłku PRL-u okrzyknięty królem szulerów i złodziei samochodowych. Generał Adam Rapacki, jeden z najlepszych w Polsce policjantów, współtwórca Centralnego Biura Śledczego, zwykł mawiać, że to w środowisku skupionym wokół Nikosia narodziła się tak zwana polska mafia. Czytelnikom zorientowanym w historii zorganizowanych grup przestępczych postać Nikodema Skotarczaka jest zapewne znana, lecz prawdopodobnie nie tylko oni czytają tę książkę. Przyda się zatem kilka słów wprowadzenia, tym bardziej że nie tylko losy Mireli były z nim związane. Ulubieńcem Nikosia był bowiem Marek Cisoń, o którego zabójstwo oskarżono Arkadiusza Kraskę. Marek pracował dla Nikodema, miał jego poparcie w półświatku i niewykluczone, że z tego powodu zginął.
Drogi tych czterech osób: szefa trójmiejskiej mafii, rudowłosej dziewczyny, młodego złodzieja samochodów i zagorzałego kibica Pogoni skrzyżowały się pewnego styczniowego dnia 1998 roku w restauracji hotelu Park w Szczecinie. Tamto spotkanie, którego szczegóły poznamy w dalszej części książki, na zawsze zmieniło życie Mireli i Arkadiusza. Trzy miesiące później Nikodem został zastrzelony w gdyńskiej agencji towarzyskiej Las Vegas. Marek Cisoń zginął niedługo potem.


Barwne życie - gangsterska śmierć

Zajrzyjmy do Nowego alfabetu mafii*, znajdziemy tam przestępczą biografię Nikosia w pigułce. Oto jej fragmenty:
„Nikodema S., ps. Nikoś, z Gdańska do dziś nazywa się ojcem chrzestnym polskiej mafii. To on, a nie słynny Pershing czy Dziad, już w drugiej połowie lat 70. stworzył pierwszą zorganizowaną grupę przestępców, złożoną z około dwustu waluciarzy, szulerów i złodziei z Trójmiasta. Kontrabanda Nikosia, czyli kradzione w Niemczech i Austrii samochody, przekraczała polskie granice wiele lat wcześniej niż papierosy, spirytus i elektronika szmuglowane przez «Pruszków» i «Wołomin».
– To właśnie Wybrzeże, a nie podwarszawskie miejscowości, jest miejscem narodzin polskiej mafii, a Nikoś rzeczywiście był niekwestionowanym bossem ówczesnego podziemia – przyznaje Marek Biernacki, szef MSWiA w rządzie Jerzego Buzka i minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska.
Nikoś zasłynął najpierw jako «król bramek» – ale nie tych na granicy, lecz w pierwszych w Polsce ekskluzywnych klubach nocnych na Wybrzeżu. Pracował jako wykidajło m.in. w Maximie w gdyńskim Orłowie i w Lucynce w Gdańsku. Zjednywał ludzi humorem, hojnym gestem (wpuszczał czasami za darmo, dokładał do rachunków, umarzał długi) oraz hucznymi imprezami organizowanymi nad ranem, już po zamknięciu lokali. Uwielbiał zmrożonego szampana, widok morza z orłowskiego mola i kuchnię w pobliskim Skorpionie (knajpa położona na skarpie przy plaży).
Miał słabość do hazardu, ale jego największą miłością był trzecioligowy wówczas klub piłkarski Lechia Gdańsk. Nie opuścił żadnego meczu swoich ulubieńców, najlepszym zawodnikom fundował atrakcyjne wczasy, dawał na boku sowite nagrody. W końcu został ofi cjalnym sponsorem drużyny i zyskał nawet od władz miasta tytuł «Zasłużonego dla Gdańska».
Już wtedy, kiedy kojarzono go głównie ze sportem i klubami nocnymi, Nikoś miał w kieszeni polsko-niemieckie przejścia graniczne. Kradzione na Zachodzie i przewożone do Polski auta liczono w tysiącach sztuk – nieofi cjalnie, gdyż policja i służby celne słyszały o procederze, ale nikogo nie łapały. Nic dziwnego, skoro poza złodziejami i przemytnikami w samochodowym interesie pomagali Nikosiowi urzędnicy miejscy (w wyrabianiu nowych tablic i dowodów rejestracyjnych), skorumpowani celnicy i właściciele warsztatów samochodowych, przechowujący kradzione samochody. Nikodem S. miał też przyjaciół w wyższych sferach, m.in. prokuratorów i wojewódzkich notabli (…). Podejmował ich w Skorpionie, sopockim Grand Hotelu oraz w stadninie koni pod Jabłonną, której był właścicielem.
– Wezwałem go niegdyś na przesłuchanie w sprawie kradzieży samochodów i gdy się pojawił, sprawiał wrażenie gwiazdy, która zawitała w naszych skromnych progach na gościnnych występach – wspomina emerytowany prokurator ze Szczecina. – Elegancki, wypachniony, z nienagannymi manierami. I oczywiście w asyście ochroniarzy. Na temat tamtych samochodów nie miał nic do powiedzenia.
Po dziesięciu latach prosperity w interesach Nikoś zdecydował się na wyjazd z Gdańska. Najpierw razem z żoną przeprowadził się do Hamburga, gdzie wspólnie ze znanym przemytnikiem narkotyków prowadził sklep z elektroniką. Zajął się też przemytem amfetaminy i handlem bronią. Po kilkunastu miesiącach, w listopadzie 1986 roku, wyjechał na stałe do Berlina, ponieważ stamtąd – jak mawiał – lepiej kontrolował interesy samochodowe. Już wtedy miał pierwsze problemy z milicją – w 1985 roku aresztowano w Polsce piętnaście osób z jego gangu, a niemiecka policja wyłapała ponad stu jego współpracowników. Nikt nie sypnął bossa, chociaż zapadały wysokie wyroki.
Pierwszy wpis Nikosia do policyjnej kartoteki nastąpił w 1989 roku, kiedy niemieckie służby kryminalne przyłapały go na kradzieży luksusowego audi. Z wyrokiem jednego roku i dziewięciu miesięcy pozbawienia wolności trafił do berlińskiego więzienia Moabit. Czekał go jeszcze nowy proces, tym razem za kierowanie związkiem przestępczym, ale po trzech miesiącach odsiadki zniknął jak kamfora. Wyszedł za mur w ubraniu młodszego brata Marka, który, wcale nie przez przypadek, akurat zjawił się u niego na widzenie. Służba więzienna odkryła prawdę po kolejnych trzech miesiącach, ale wtedy Nikoś był już w Polsce.
Cieszył się wolnością trzy lata, z małymi przerwami, bo polska policja dwukrotnie go łapała, ale traciła podczas przejazdu konwoju, a on z niewyjaśnionych do dzisiaj powodów nadzwyczaj łatwo pryskał policjantom sprzed nosa. Na dobre schwytano go dopiero w lutym 1993 roku – na warszawskim Żoliborzu. Prokuratura postawiła mu zarzuty usiłowania sprzedaży kradzionego mercedesa, posługiwania się fałszywym paszportem oraz ucieczki z policyjnego konwoju.
Skazano go zaledwie na dwa lata, ponieważ sąd uwierzył oskarżonemu, że kluczyki od mercedesa dał mu «znajomy, który był zbyt pijany, żeby odprowadzić auto do Katowic». Znajomego nigdy nie odnaleziono, za to Nikoś krótko po procesie wyszedł na wolność za dobre sprawowanie. Podobno próbował wtedy przykleić się do starego «Pruszkowa», ale go pogoniono. «Twoje akta wożono od Niemiec do Polski, tyle tego było, a ty po chwili wychodzisz na wolność?» – miał usłyszeć na spotkaniu z szefami, kiedy złożył propozycję współpracy. «Wara stąd, konfi turo » – powiedzieli mu młodzi pruszkowscy. Rozeszło się po Polsce, że Nikoś sprzedaje kolegów. Mówiono, że fi lm z jego wesela służy jako materiał poglądowy dla policji z pionu do walki z przestępczością zorganizowaną. Nikoś miał im tłumaczyć, who is who w «Pruszkowie». Nie wiemy, czy rzeczywiście tak było, ale środowiskowy ostracyzm skazał Nikosia na pobyt w Gdańsku.
Na Wybrzeżu był legendą. Cały trójmiejski półświatek pracował dla niego, a on brylował w kasynach i najdroższych hotelach. Widywano go w towarzystwie aktorów, artystów rockowych i samorządowców, których przyjaźń cenił sobie najbardziej, gdyż pomagali mu inwestować w nieruchomościach «ciężko» zarobione za granicą pieniądze. Miał nawet ambicje artystyczne, przy jego pomocy zrealizowano fi lm Sztos o trójmiejskim półświatku. Zagrał tam krótki epizod, ale głównie służył konsultacjami, a ponoć nawet w jakiejś części sponsorował to dzieło. Przy okazji chętnie pozował do fotografi i razem z czołówką polskich aktorów. Jedna z aktorek zawile tłumaczyła potem dziennikarzom, że wcale nie wiedziała, że facet obok niej na zdjęciu to główny polski mafioso.

* Ewa Ornacka, Piotr Pytlakowski, Nowy alfabet mafii. Najnowsze losy polskiej przestępczości zorganizowanej, DW REBIS, Poznań 2013, s. 380–385



Podziel się:

Warte uwagi