Wygląd
Niby wszystko jest na swoim miejscu, niby całość została dobrze spasowana, jednak wykonanie PowerBoost Air nie wzbudziło mojego entuzjazmu. Odniosłem wrażenie, iż powstał on z potrzeby chwili, a nie jako planowany produkt, oczywiście jeżeli chodzi o wygląd, bo o skuteczności jego działania nie mam jeszcze pojęcia, przecież dopiero wyciągnąłem go z opakowania. Zestaw przygotowany przez Green Cell jest prawie kompletny. Są cztery
końcówki do kompresora oraz kable rozruchowe, tylko zastanawia mnie dlaczego zostały one wsadzone do kartonowego pudełka. Domyślam się, że gdyby nie ono, to umieszczone w jednej komorze futerału urządzenie wraz z kablami latało by sobie po niej jak pranie w bębnie w trakcie wirowania. Wygląda to niesztampowo i zdecydowanie nie poprawia komfortu pracy, gdyż chcąc użyć kabli należy najpierw wyjąć je z pudełka, a następnie – po odpaleniu samochodu – z powrotem je tam umieścić. Samo urządzenie dobrze leży w dłoni, jego ciężar nie jest zbyt duży, jednak zastosowane do jego budowy plastiki sprawiają wrażenie, że niekontrolowany upadek z niewielkiej wysokości naruszy ich integralność. Oby tak nie było, ja nie mam zamiaru robić tego typu testu. PowerBoost Air jest w kolorze czarnym z zielonkawymi wstawkami. Przypuszczam, że w założeniu miały one dodawać mu uroku, jednak coś mi w nich nie pasuje. Do koloru nie mam zastrzeżeń, jak większość dotychczas opisywanych rzeczy to sprawa mocno indywidualna, ale zastosowany w nich materiał w dotyku ma strukturę gumowatą. O ile zaślepka zasłaniająca gniazda „wybroni się”, tym bardziej iż jej ogranicznik jest na tyle długi, że spokojnie można z nich korzystać bez walki z nią, to pętelka służąca do noszenia PowerBoosta Air ma więcej wad niż zalet. Jest zbyt mała, a przynajmniej na moją rękę. Owszem, udało mi się ją w nią wsadzić, ale przy okazji – przez jej gumowaty charakter – parę razy pociągnęła mnie za włosy, oczywiście że nie na głowie, tylko ręce. To nie jest najprzyjemniejsze uczucie. Szkoda, że urządzenie nie posiada nóżek. Przez to co prawda spód ma idealnie płaski, ale jest podatne na niezamierzone przemieszczanie się po podłożu. Kabel rozruchowy ma 35 cm, i to ten dłuższy (czerwony), i to mierząc razem z żabką oraz wtyczką, bo czarny jest krótszy, niewiele, ale jednak. Gdyby były jeszcze odrobinę krótsze, to nawet umieszczenie PowerBoost Air na akumulatorze nie dawałoby gwarancji, że sięgniemy nimi do obu klem. Aczkolwiek taka długość powoduje, iż zachodzą minimalne straty na odcinku jump starter-akumulator, co – szczególnie w zimne dni i noce – pozytywnie wpływa na jego sprawność.
Wyświetlacz jest duży i czytelny. Zajmuje około połowy obudowy, mimo że praktycznie cała pokryta jest takim samym materiałem, co sugerowałoby, iż ma wielkość całej jej powierzchni. Nie podoba mi się kreskowy wskaźnik poziomu naładowania PowerBoosta Air. Są cztery kreski i każda z nich w teorii oznacza 25% zasobność w energię. To nie jest zbyt poręczne. Przykład? Świecą się trzy kreski, co równie dobrze znaczy, iż PowerBoost Air naładowany jest w 75% lub 51%, a tak naprawdę pomiędzy
tymi wartościami. O ile 75% jest satysfakcjonujące i bez problemu powinno wystarczyć do odpalenia samochodu, to 51% może okazać się niedostateczne.
Nie jest jednak tak, że wszystko mi się nie podoba. Doskonały jest sztywny futerał do przechowywania PowerBoosta Air wraz z jego wszystkimi akcesoriami. Zastanawia mnie tylko jego wielkość. Gdyby Green Cell była chińską, a nie polską firmą z pewnością byłby on przynajmniej o 30% mniejszy. Umieszczenie gumki w jednej z komór doskonale spełnia swoją funkcję utrzymując urządzenie w jednym miejscu. Na wyróżnienie zasługuje kieszeń wykonana z siateczki, która zakończona jest rzepem. To proste rozwiązanie jest genialne, gdyż pozwala na utrzymanie wszystkich elementów kieszeni w jej wnętrzu, i to bez względu w jaki sposób traktowaliśmy futerał. Kolejnym elementem jest długi przewód (ma trzy metry) zakończony wtyczką do zapalniczki. Dzięki niemu nawet rozładowanego PowerBoosta Air można użyć jako kompresora, i to praktycznie bez względu na umiejscowienie gniazda zapalniczki w aucie, gdyż sięgniemy nim do każdego z kół.
Ładowanie
Żałuję, iż Green Cell zaoszczędził i nie dostarczył w opakowaniu ładowarki do PowerBoosta Air. Wiem, że teraz jest taka moda, ale coraz częściej stwarza to konflikt, aniżeli rozwiązuje problem, tak jak w tym przypadku. Ściągnięcie z półki „pierwszej z brzegu” ładowarki, tak jak w moim przypadku, spowodowało, że zabrakło nocy, aby naładować urządzenie. Oczywiście była ona parowatowa, ale rezultat jej pracy okazał się mało satysfakcjonujący, gdyż w ciągu nocy uzupełniła energię w PowerBoost Air o jedną kreskę na wyświetlaczu. Green Cell w specyfikacji zaznacza, że maksymalnie gniazdo do ładowania (USB typu „c”) obsługuje 10W. Pomimo przeszukania całych swoich zasobów, nie znalazłem takiej ładowarki. Tym samym, trochę nie mając wyjścia, a trochę sprawdzając jak zachowa się PowerBoost Air, podłączyłem do niego ładowarkę 30W. Efekt? Zdecydowanie rozruszała ona tempo ładowania urządzenia i już po godzinie pojawiła się kolejna kreska na wyświetlaczu. Przy okazji nie odnotowałem, aby tak ładowarka, jak również PowerBoost Air stały się wyraźnie cieplejsze w dotyku.
Wyprzedzając niejako zdarzenia, trzeba wiedzieć o jednym: PowerBoost Air szybciej rozładowuje się niż ładuje, i to bez względu czy użyjemy go jako powerbanka, kompresora, czy też jump startera.
Jump starter
W urządzeniach takich jak Green Cell PowerBoost Air nie wygląd stanowi o ich wartości. On jest dodatkiem, czasami miłym. Najważniejsza jest jego użyteczność oraz sposób, w jaki radzi sobie z postawionymi przed nim zadaniami. Czas zatem na pierwsze, czyli uruchomienie samochodu, którego stan akumulatora na to nie pozwala. Wytypowałem model z silnikiem doskonale wpisującym się w obecne trendy, czyli o niezbyt dużej pojemności. A więc jak PowerBoost Air poradził sobie z „ożywieniem” silnika benzynowego 1,3 16V? Najkrócej ujmując – znośnie. Ale nie bądźmy tak lakoniczni. Przy temperaturze 26 stopni Celsjusza oraz słonecznej pogodzie dzięki wsparciu jump startera silnik nie tylko zaskoczył, ale również samodzielnie kontynuował pracę. Przy okazji nie trzeba było długo nim kręcić, jednak nie zaskoczył w czasie, w jakim normalnie uruchamia się, kiedy akumulator jest sprawny. Niestety, w trakcie „operacji” PowerBoost Air stracił dwie kreski ze swojego poziomu naładowania. To dużo, gdyż pozostały poziom jego naładowania nie gwarantuje, iż przy kolejnej próbie (jeżeli zaistniałaby taka konieczność) nie rozładowałby się całkowicie.
Kompresor
Podstawową jednostką kompresora jest PS i w niej zawsze włącza się PowerBoost Air. Możliwa jest jej zmiana na BAR, KPA lub kg/cm2. Aby to zrobić należy przy włączonym urządzeniu tak długo trzymać przycisk oznaczony trzema kreskami, aż nie zacznie mrugać jednostka. Wtedy każde kolejne naciśnięcie tego samego przycisku będzie ją zmieniało.
Włączenie kompresora w zamkniętym pomieszczeniu spowoduje nie tylko obudzenie wszystkich mieszkańców, ale również postawienie w stan przedzawałowy kota. Inaczej jego dźwięk odbierany jest na zewnątrz. Jest doniosły i charakterystyczny, ale o akceptowalnym natężeniu. Z napompowaniem piłki czy też materaca PowerBoost Air nie ma najmniejszego problemu. Dopompowanie koła samochodu zajmuje mu zdecydowanie więcej czasu, ale nie zdążysz sprawdzić co tam nowego wydarzyło się w mediach społecznościowych, w przeciwieństwie do sytuacji, kiedy ma je napompować. To trwa długie minuty. Na plus za to należy zaliczyć prawdomówność PowerBoost Air. Takie ciśnienie jakie pokazuje na wyświetlaczu, faktycznie takie jest (sprawdzone na profesjonalnym mierniku).
Latarka, powerbank
Na boku obudowy PowerBoosta Air Green Cell umieścił latarkę. Posiada ona dwa natężenia światła o białej tonacji, które nawet w niższej jest na tyle duże, że rozświetli powierzchnię namiotu. Może nie uda nam się przy nim czytać komfortowo książki, ale od czego jest druga, wyższa jasność. Przez to, że latarka nie daje punktowego światła z powodzeniem sprawdzi się również w trakcie nocnych wędrówek. Dodatkową funkcją jest wyraźna, o soczystym czerwonym kolorze, sygnalizacja SOS. Doskonale, że jest, jednak oby nigdy nie była potrzebna.
Green Cell PowerBoost Air wykorzystany jako ładowarka (powerbank), w trakcie godziny jest w stanie doładować o 45% baterię smartfona o pojemności 5000 mAh, przy okazji tracąc dwie kreski, co oznacza, że zużył na ten cel pomiędzy 26 a 50% swoich zasobów. Tak, wiem, że to niezbyt precyzyjne wskazanie, ale co ja mogę skoro producent takie zastosował.
To jak? Warto?
Gra planszowa „Chińczyk” doczekała się w Polsce swojego rozszerzenia nazwy: nie irytuj się. Wszystko za sprawą jej zasad oraz emocji, które powstają wśród graczy w trakcie jej trwania. Green Cell PowerBoost Air (na oficjalnej stronie kosztujący w trakcie testu 399,95 PLN) jest dokładnie taki sam. Można się na niego zżymać, „tupać nogą”, a nawet przeklinać, aby postawione przed nim zadanie szybciej wykonywał. Jednak on jest niewrażliwy na nasze werbalne pospieszacze i wszystko robi w swoim tempie. Niezbyt szybkim. Jednak wykonuje każde zadanie i doprowadza je do końca. Wystarczy dać mu tylko tyle czasu, ile potrzebuje. A przynajmniej tak było w trakcie mojego testu. Taki właśnie jest Green Cell PowerBoost Air.
Specyfikacja Green Cell PowerBoost Air:
Pojemność: 8000 mAh
Prąd szczytowy: 1000A
Maksymalny prąd rozruchowy: 500A
Rodzaj ogniw: Li-Ion
Wejścia: USB-C: 5V 2A; DC (5,5*2,5): 12V-15V
Wyjścia: USB-A: 5V (+/- 0,25V) 2,4A (max)
Wymiary: 180 x 98 x 48 mm
Waga: 700g