W wykupionym abonamencie mam „całą tonę” gigabajtów, których nawet w ułamku procenta nie wykorzystuję. Równocześnie w szafie leży nieużywany mobilny router ze slotem na kartę sim. W przypływie twórczej myśli, pojawił się pomysł, aby dobrać (dokupić) drugą kartę
do posiadanego numeru i umieścić ją w nim. Od myśli przeszedłem do czynów. Kontakt z działem obsługi klienta, kilkukrotne zadanie pytania sztucznej inteligencji Orange (to ona jest pierwszym poziomem wsparcia tematów, z którymi zwracają się klienci) zanim sama stwierdziła, iż mój „problem” ją przerasta. Tak trafiłem do konsultanta, żywego, mam nadzieję, że jeszcze. Przedstawienie mu sprawy zajęło chwilę, niewiele dłużej znalezienie rozwiązania. Przedstawił on propozycję, którą ja zaakceptowałem, jednocześnie przed zakończeniem konwersacji upewniając się, iż dobrze i kompleksowo ją zrozumiałem. Otrzymawszy potwierdzenie, nasze drogi rozeszły się, tak wtedy myślałem. Jedyną niedogodnością oferty była konieczność mojego fizycznego stawiennictwa się w dowolnym salonie Orange.
Salony Orange należą do jednych z najbardziej obleganych przez klientów. To moja obserwacja niepoparta jakimikolwiek badaniami. Jednak ilekroć przechodzę obok nich, zawsze - w przeciwieństwie do konkurencji - jest w nich więcej osób niż pracowników obsługi. Dodatkowo średnia wieku, tak „na oko”, ma bliżej do emerytury niż wieku szkolnego, nawet studenckiego. To nie zarzut, to ciągle tylko moje obserwacje. Nie inaczej było kiedy ja wybrałem się w przedmiotowej sprawie. Aż pożałowałem, że nie wziąłem prowiantu, kawy i książki, ale nie ma co narzekać, w końcu przypuszczałem, że tak będzie, i było. Odczekawszy swoje, przyszła moja kolej. Weryfikacja, czy ja to naprawdę ja, wysłuchanie „problemu”, z którym moje jestestwo
pojawiło się w salonie i szybka informacja zwrotna: nie ma takiej oferty, następny proszę. Na informację, iż nie wymyśliłem sobie przedstawionego rozwiązania, tylko zostało mi ono zaproponowane przez pracownika Orange, a nawet mam na to dowód w postaci zapisu rozmowy, zrobiło się niezręcznie. Po czasie siedzenia naprzeciwko siebie, w którym pracownik salonu „udając paprotkę” liczył, iż jednak opuszczę jego miejsce pracy, znalazł on rozwiązanie i w moim imieniu napisał reklamację. Pozostało zatem czekać na kontakt od samej wierchuszki.
Trzeba uczciwie przyznać, że Orange nie kazało mi ponadnormatywnie długo czekać na rozpatrzenie reklamacji, raptem kilka dni. Rezultat? Reklamacja odrzucona ze względu na brak powyższego rozwiązania w ofercie oraz skierowanie wniosku (jak mniemam o ukaranie) do przełożonego pracownika, który powyższą propozycję zaproponował. Pierwszy raz spotkałem się z tak bezpardonowym wypięciem się pracodawcy na swojego pracownika i scedowania całej winy na niego. Propozycja jakiegokolwiek rozwiązania sytuacji? Jedna: zamiana opłaty jednorazowej na cykliczną (miesięczną) wraz z podniesieniem kwoty bazowej o prawie 100% oraz rezygnacja z mojej strony z fizycznej karty na rzecz esim, a wszystko to z zastrzeżeniem, iż „może nie działać”. Profesjonalizm godny Oscara, jeżeli byłyby przyznawane w tej dziedzinie.
Żal tylko osoby, która zaproponowała pierwotną ofertę, gdyż tylko ona - i po części ja - poniesie (poniosła) jej konsekwencję. Czy przedstawiona przez nią propozycja wynikała z niewiedzy, czy też błędu w systemie, ma marginalne znaczenie. W każdym z tych przypadków winę ponosi pracodawca umieszczając ją na powyższym stanowisku, i tylko on. To on odpowiada za swoich pracowników, a nie traktuje ich jak ciało obce całkowicie przenosząc winę na nich, nawet jeżeli są najemni i pracują na umowę zlecenie. A tak właśnie postąpiła ta „szanowana pomarańczowa firma komunikacyjna”. Tym samym - w moich oczach - Orange okazało się firmą godną pożałowania, a jako pracodawca niepotrafiąca przygotować osób do właściwego wykonywania obowiązków. Dobrze, że Orange nie produkuje żywności, bo wtedy, my jako społeczeństwo, moglibyśmy się nie pozbierać. Szczególnie z takim podejściem.
Na koniec apel: ludzie, uważajcie w kontaktach z Orange i nie dawajcie wiary w każde ich słowo, bo okazuje się, iż są w stanie obiecać rzeczy, których nie powstydziłby się Stanisław Lem, a następnie całkowicie nie brać za nie odpowiedzialności. Tutaj chodzi o wasz czas i pieniądze. Być może tylko o czas i pieniądze, ale chyba można lepiej je spożytkować. Niejako chichotem losu pozostaje fakt, że na swojej oficjalnej stronie, Orange posiada zakładkę „odpowiedzialny biznes”.