Wykorzystujemy ciasteczka (ang. cookies) w celu gromadzenia informacji związanych z korzystaniem ze strony. Stosowane przez nas pliki typu cookies umożliwiają: utrzymanie sesji Klienta (także po zalogowaniu), dzięki której Klient nie musi na każdej podstronie serwisu ponownie się logować oraz dostosowanie serwisu do potrzeb odwiedzających oraz innych osób korzystających z serwisu; tworzenie statystyk oglądalności podstron serwisu, personalizacji przekazów marketingowych, zapewnienie bezpieczeństwa i niezawodności działania serwisu. Możesz wyłączyć ten mechanizm w dowolnym momencie w ustawieniach przeglądarki. Więcej tutaj. Zamknij

logo kdk.pl
Testy Tech Historia Prawo Felietony Inspiracje ikona szukaj
Testy Tech Historia Prawo Felietony Ekomoto Inspiracje KATALOG FIRM Cennik logo KATALOG dla kierowców SZUKAJ






Felieton

Alpine A290 - Kropla drążąca skałę


Wojciech Dorosz


Alpine A290

Zawsze uważałem, że odpowiednio dobrany samochód będzie nie tylko środkiem transportu, ale także czymś w rodzaju psa na kołach. Słowem będzie przyjacielem w codziennych podróżach, sprawiał radość i był powodem do dumy.



Jeśli kupuję samochód, to wyobrażam sobie nim podróże bez celu, nocne nabijanie kilometrów, czy nawet drogę do pracy. Bo, czy nawet okropny dzień w pracy nie będzie nieco przyjemniejszy, jeśli powrót do domu nastąpi w wygodnym fotelu Jaguara lub sportowym kubełku Lamborghini? Niestety nie każdy z nas jest




Elonem Muskiem, aby pozwolić sobie na taki zakup. Czy zatem czeka nas beznadziejna jazda Dacią Spring, po tym jak Word rozwalił cały układ tekstu? Obawiam się, że tak. Ursula pragnie, abyście korzystali z samochodu tak samo jak z porcelanowego tronu znajdującego się w waszej łazience, przez co coraz większa liczba aut jest zwyczajnie gówniana. To znaczy nie wybuchają po uruchomieniu zapłonu i raczej na pewno dojedziecie do celu - chyba że jest to elektryk - ale poza tym są wyprane z emocji niczym sprzęt gospodarstwa domowego. Dlatego Renault postanowiło zagrać na nostalgii prezentując najnowszą inkarnację modelu 5, na którego widok bagietka wypadła mi z ręki. Wygląda naprawdę dobrze. Pytanie, czy oferuje coś więcej niż li tylko wzbudzanie uczucia tęsknoty za dawnymi czasami? Dobiegam do czterdziestki, ale nawet ja mam problem z przypomnieniem sobie Renault 5 krążących po mieście. Raczej nie jest to związane z początkami demencji, po prostu skończyli go produkować w roku, w którym zaczęli rodzić się pierwsi przedstawiciele generacji Z. Nie sądzę zatem, aby pamiętali wersje Turbo czy Alpine, goniące Lancię Deltę po trasach rajdu Monte Carlo, nawet gdy przypadkiem grali w Dirta Rally. Jeśli zatem nie jesteś w wieku zbliżonym do Brigitte, a bardziej Emmanuela Macron, nie docenisz wizualnych podobieństw obydwu modeli. Nie zmienia to faktu, że gdy tylko go zobaczyłem, zapragnąłem go mieć na tyle, że byłem gotów od razu pobiec do salonu Alpine. Mój zapał ostudził potencjalny cennik, gdyż patrząc na A290 w wersji GTS i niebieskim kolorze Alpine Vision spodziewałem się wyjściowej ceny w okolicach trzystu tysięcy złotych. Jest elektrykiem, więc z pewnością będzie drogi, tak przynajmniej myślałem. Lista opcji wyposażenia dodatkowego jest na tyle skromna, czytaj A290 załadowane jest gadżetami po sam sufit, że niemal niemożliwe jest przekroczenie dwustu tysięcy złotych, natomiast wersja od Renault mająca prawie tyle samo uroku kosztuje nieco ponad połowę tej kwoty i nie wydaje się być gówniana. Z całą pewnością A290 takie nie jest. Za sprawą poszerzonych nadkoli - które są szczelnie wypełnione dziewiętnastocalowymi felgami o kultowym i historycznym wzorze - oraz wydatnych bocznych listew, przypomina muskularnego i hardego zawadiakę. Chociaż na zdjęciach sprawia wrażenie pudełka po butach do jazdy po mieście, w rzeczywistości bliżej mu do kompaktu sprzed kilku lat. Z kolei liczne przetłoczenia i ozdobniki, jak choćby niepełniący raczej żadnej funkcji spojler na tylnej klapie, tworzą obraz samochodu z krwi i kości, a nie breloka przypinanego do damskiej torebki. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od modelu, na którym bazuje, na przodzie ma zainstalowane dwa dodatkowe reflektory




naśladujące lampy znane z rajdówek uczestniczących w nocnych odcinkach specjalnych. Minusem jest mała tylna szyba mocno ograniczająca widoczność.

Urzeczeni zjawiskową stylistyką poczują się nieco zawiedzeni designem deski rozdzielczej. Czar pryśnie, gdy ujrzycie dwa ekrany wpasowane w sporą ilość czarnego błyszczącego plastiku. Ale na tym koniec złych wiadomości, ponieważ cała reszta tworzy aurę samochodu niemal segmentu premium, wzbogaconego o nostalgię do klasycznych kolorów i kształtów z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Jakość wykonania jest więcej niż dobra, a zdecydowana większość materiałów przyjemnie miękka. Kabina oferuje przyzwoitą ilość miejsca, także na tylnej kanapie, ale raczej dla dwóch osób. Bagażnik również jest spory, nie tylko jak na ten segment. Za sprawą regularnego kształtu klapy praktyczny, ale przy wkładaniu cięższych pakunków będzie przeszkadzał wysoki próg załadunku. Podobnie jak wymuszona przez umieszczone pod podłogą baterie pozycja za kierownicą i dość miękkie siedziska foteli, które oferują relatywnie słabe trzymanie boczne. Zarówno ergonomia jak i łatwość obsługi nie nastręczają problemów w codziennym użytkowaniu, tym bardziej że na desce rozdzielczej zlokalizowane są fizyczne przyciski. Sam system także jest dość intuicyjny, aczkolwiek menu jest wizualnie nazbyt skomplikowane. Może nie jest najlepszy w klasie, ale działa szybko i ma ładną grafikę. Dla fanów motoryzacji jest również opcja wyświetlania parametrów samochodu oraz telemetrii na wzór tej z Nissana GT-R. Co więcej, posiada wbudowany samouczek sportowej jazdy, a gdy już ukończycie kurs będziecie mogli przejść do wyzwań, za które otrzymacie medale jak w jakimś Gran Turismo, a nie zielone listki za nazbyt grzeczną jazdę. Mon Dieu, c’est merveilleux.

Wartości generowane przez silnik elektryczny nie są porażające. Niemal ćwierć tysiąca koni mechanicznych i trzysta niutonometrów nie robią aż tak dużego wrażenia, ale A290 bynajmniej nie ma osiągów babci z balkonikiem. Moc jest w zupełności wystarczająca nawet do lekkich szaleństw i w przeciwieństwie do innych elektryków parametry silnika nie są przesadzone. Bez obaw wciskasz gaz do oporu nie wywołując przy okazji u pasażerów choroby morskiej, szczególnie że napływ mocy jest bardziej liniowy niż gwałtowny. Aktywowana przyciskiem na kierownicy funkcja Boost jest zbędnym gadżetem, ten sam efekt uzyskacie prostując prawą nogę. Dwa poziomy głośności dźwięku silnika sączące się z głośników zostały oczyszczone, ale nadal są nad wyraz sztuczne i w żaden sposób nie są inspirujące, szczególnie w trybie Launch Control. Sporo brakuje do Ioniqa w wersji N, ale ten także nie zawiesił poprzeczki zbyt wysoko. Dla niektórych minusem będzie również relatywnie niska prędkość maksymalna, raptem sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę, aczkolwiek miejsca gdzie uda się wam ją osiągnąć niemal już nie istnieją. Poza tym jazdę z wysoką prędkością skutecznie uprzykrza lecący na łeb zasięg. Ten w sprzyjających warunkach może sięgać nawet czterystu kilometrów, a opcja szybkiego ładowania pozwala uzupełnić go o sto pięćdziesiąt kilometrów w zaledwie piętnaście minut, ale wiele warunków musi być spełnionych, więc to głównie przechwałki producenta, które w realnym świecie są do nie osiągnięcia.

Alpine A290

Zamknięty oddział Renault Sport i mogąca poszczycić się - co prawda raptem jednym, za to świetnym modelem – Alpine, mają doświadczenie w budowaniu wyczynowych i sportowych zawieszeń. Teraz jednak musieli zmierzyć się z większym wyzwaniem, choćby masą własną sięgającą półtorej tony. Jak na dzisiejsze czasy oraz na elektryka nie jest to wartość na wskroś niemożliwa do okiełznania, aczkolwiek A110 o zbliżonych gabarytach waży solidne czterysta kilogramów mniej. Inżynierowie francuskiej marki uzyskali idealny balans między rasowością a codzienną użytecznością, dopracowując zawieszenie do perfekcji. Jest sztywne, nie aż tak przesadnie twarde jak w Mégane RS w wersji CUP, i pozwala jednocześnie nadwoziu pracować w zakręcie. Dzięki temu A290 jest wszechstronne i sprawdza się w każdych warunkach. Jednocześnie, za sprawą niewielkich rozmiarów, jest zwrotne i daje się umieszczać dokładnie tam, gdzie chcecie. Dziwi nieco zastosowanie napędu wyłącznie na przednią oś, ale nawet pomimo tego, również za sprawą fabrycznych opon Michelin Pilot Sport 5S, które po osiągnięciu temperatury roboczej trzymają przyklejone do drogi A290 lepiej niż ostatnie pokolenie. Pozwoli się także przed nimi zatrzymać, gdyż hamulce mimo braku fizycznego połączenia z pedałem zapewniają nie tylko przyzwoite czucie, ale także pozwalają w trzy sekundy zatrzymać się ze stu kilometrów na godzinę. Rozczarowuje nieco układ kierowniczy, który w centralnym położeniu jest równie tępy, co przedstawiciele owego ruchu. Dalej zyskuje na szybkości oraz precyzji, ale nie liczcie na sportowe wrażenia.





Dla kogo jest A290? Z pewnością dla osoby, która jest w stanie kupić jedno Alpine zamiast dwóch Renault 5. Czy obudzi w was chuligana? Niespecjalnie. Kształt nadwozia gra na nostalgicznych nutach i to jego główny atut. Kabina sprawia lepsze wrażenie niż w niejednokrotnie droższym samochodzie, a układ napędowy jest tak samo mdły, jak w każdym innym elektryku. Teoretycznie ma przywrócić magię gorących hatchbacków, tyle że na prąd, ale brakuje mu charyzmy spalinowych wersji. Mimo to wygląda cholernie dobrze i w mieście sprawdzi się idealnie. Poza tym dobrze jest mieć świadomość posiadania A290 i móc patrzeć na niego w każdej chwili. Szkoda, że jego wygląd obiecuje nieco więcej niż ma do zaoferowania, ale bynajmniej nie jest gówniane. Niezwykle przyjemnie się z nim obcuje, dlatego cała reszta w ogóle mnie nie obchodzi.







Alpine A290

Wnętrze Alpine A290







Podziel się:




Październik 2025

Tekst: Wojciech Dorosz
Zdjęcia: Renault SAS

Tekst pochodzi z poniższego numeru miesięcznika motoryzacyjnego:


ZOBACZ NUMER




Warte uwagi