Pewnie niemal każdy tak o sobie myśli, ale sądzę, że byłem dobrym dzieckiem. Spędzałem czas spokojnie bawiąc się w swoim świecie i tym samym nie sprawiałem zbyt wielu kłopotów. Być może właśnie przyczyną tego był brak u mnie buntu nastolatka. Nie przesadzałem z alkoholem, palenie wcale mi nie podchodziło, a najlepszą rozrywką w licealnych czasach było dla mnie położenie się o dwudziestej spać, by wstać po dwunastu godzinach snu. Imprezowanie
wydawało mi się zbyt czaso- i energochłonne.
Nie czułem, że mnie w życiu coś ominęło, czego powinienem szczególnie żałować. Jednakże po przekroczeniu trzydziestki podjąłem decyzję, że skoro na własne życzenie pozbawiłem się eksperymentowania z różnymi substancjami, wracaniem nad ranem i kontaktami z płcią przeciwną, to mój kryzys wieku średniego będzie długi oraz intensywny. Co prawda według badań mam jeszcze ponad dwadzieścia lat na bezkarnym uprzykrzaniu życia najbliższym swoim pędem do młodości, aczkolwiek zaczynam sądzić, że i to może mi się nie udać. Nie interesują mnie zbytnio partnerki o połowę młodsze ode mnie, gdyż zwyczajnie nie miałbym o czym z nimi rozmawiać. Naturalnie mógłbym opowiedzieć im historię rocka w oparciu o zespół Twin Sister, ale nikogo to nie interesuje, a z drugiej strony Bambi to dla mnie słodka sarenka. Kabriolet? Od czasu zobaczenia R129 w „Reichu” Pasikowskiego jestem zakochany w tym modelu, co nie zmienia faktu, że nie czuję się zbyt komfortowo w samochodach bez dachu. Poza tym najmłodsze modele mają więcej lat niż potencjalne partnerki, ale zdecydowanie mniejszy przebieg. Przyjemniej także się ich słucha. Młodzieżowe ubrania? Na litość boską, nienawidzę przymierzania czegokolwiek. Jeśli jest jakaś pozytywna cecha pandemii sprzed dwóch lat, to zakupy przez internet z dostawą do punktu i darmowy zwrot. Mógłbym naturalnie pokusić się o samochód sportowy, ale obecnie dzięki Ursuli na placu boju niemal nic nie zostało. Porsche 911? Pewnie, ale zdołałbym co najwyżej pozwolić sobie na takie jak Joey z „Przyjaciół”. O Ferrari także lepiej nie wspominać, podobnie jak o Aston Martinach. Poza Mustangiem rynek muscle carów nie istnieje, podobnie jak gorących hatchbacków. Jeśli kilkanaście lat temu mogliście wejść do salonu niemal dowolnej marki i wyjechać którymś z przedstawicieli tego segmentu, to obecnie właściwie jedynym reprezentantem tego gatunku jest jego pierwowzór, czyli Golf GTI. A jako że poszukiwałem czegoś bardziej praktycznego niż trzydrzwiowy koreański kompakt, postanowiłem udać się do najbliższego dilera. Sęk w tym, że przy wyborze poniosłem sromotną klęskę. Tak jakby.
Bowiem zamiast wybrać ósmą i pół generację kultowego modelu w wersji Clubsport, moje oczy i ręce powędrowały w stronę jeszcze bardziej morowego Passata.
Samochody z generacji na generację rosną, ale VW przy projektowaniu Passata rozhulał się tak bardzo, że jest aż o piętnaście centymetrów dłuższy
względem generacji B8, a przy nim krótsza o dwadzieścia centymetrów Seria 3 wygląda jak kompakt. Występujący obecnie wyłącznie w wersji kombi, największy hit niemieckiego producenta, jest niemal takiej samej długości, co wyżej pozycjonowane Audi A6. Stylistyka VW nie jest na tyle indywidualna, by nie pomylić tyłu z jakimś modelem z Ingolstadt. Przez brak końcówek układu wydechowego lub nawet ich atrap, wygląda jak elektryk. Przód to z kolei najmocniejszy punkt programu, gdzie atrapa przypomina rekina z wyszczerzonymi zębami. Całość opatrzono smukłymi liniami, co przekłada się na wysoką wydajność aerodynamiczną. Jeśli wnętrza współczesnych modeli niemieckiego producenta nie są wam obce, doskonale odnajdziecie się w kabinie Passata, za sprawą podobieństw do innych modeli koncernu VAG oraz wzorcowej ergonomii. Zwłaszcza, że na kierownicę wróciły fizyczne przyciski. Design deski rozdzielczej nie jest szczególnie porywający, ale Volkswagen postarał się projektując cokolwiek, a nie jak BMW czy Mercedes montując zwyczajnie ekrany. W Passacie naturalnie także można je znaleźć, ale zostały wkomponowane w kokpit, a ten centralny o przekątnej piętnastu cali z intuicyjnym menu, został skierowany lekko w stronę kierowcy. Niestety kamera cofania ma rozdzielczość porównywalną ze sklepowymi monitoringiem.
Przestrzeń jaką oferuje kabina jest więcej niż wystarczająca, nawet dla piątki pasażerów, a i nie będą musieli zbytnio ograniczać swojego bagażu, gdyż kufer oferuje blisko siedemset litrów pojemności. Złożenie siedzeń niemal potraja tę wartość, aczkolwiek jeśli wybierzecie wersję hybrydową, wielkość bagażnika wyraźnie zmaleje. Miłym akcentem jest roleta, która przy otwieraniu klapy, samoczynnie się rozsuwa. Na plus możemy zaliczyć także wygodne fotele udające kubełki, które w wersji R-Line są częściowo wykończone alcantarą. Nie są odpowiednie dla kogoś kto ma więcej niż dwa metry wzrostu, ale nawet duży przesuwany szklany dach nie ogranicza przestrzeni nad głową. Ogólnie kabina Passata to przyjemne miejsce, które jest solidnie poskładane. Dysonans budzą jednak materiały użyte do jej wykończenia. Momentami mamy prawdziwą skórę, jak choćby na wieńcu kierownicy, a już gdzie indziej jej sztuczny odpowiednik, który bardzo szybko się marszczy i nie wygląda zbyt estetycznie. Część drzwi wykonana jest z miękkich materiałów dodatkowo przeszytych nicią, a pozostałe fragmenty z lanego plastiku w tym samym stylu. Identyczny zabieg znajdziecie na szczycie deski rozdzielczej. Dodatkowo w niektórych modelach część tworzyw potrafi skrzypieć na nierównościach. Jest zdecydowanie lepiej niż kilka lat temu, ale Volkswagen ma nadal kilka rzeczy do poprawy.
Czasy większych jednostek w Passacie, jak choćby W8 czy VR6, odeszły bezpowrotnie i najmocniejsza jednostka silnikowa to motor znany z Golfa GTI. Nie jest mocarzem, ale czterysta niutonometrów i napęd 4Motion pozwalają na sprint do setki w mniej niż sześć sekund. Siedmiobiegowe DSG w spokojniejszych trybach jest nieznośnie ospałe, więc przez cały czas najlepiej poruszać się w ustawieniach sportowych. Na próżno jednak szukać dźwięku silnika, gdyż kabina została dobrze wyciszona. Nie żeby ten brzmiał jakoś szczególnie. Pomimo braku układu miękkiej hybrydy spalanie jest zadowalające, obiecywany przez producenta zasięg przekraczający osiemset kilometrów jest jak najbardziej realny, przez co nie musicie planować postojów jak w elektryku. Do tego ponad dwie tony uciągu i można wyruszać na wakacyjny podbój Europy. Chociaż Passat w tej wersji waży solidnie powyżej tony, to z racji tego, że jest zwykłym kombi nie potrzebuje skomplikowanego i przesadnie twardego zawieszenia jak SUV czy elektryk. Standardowe osiemnastocalowe felgi i zwykłe DCC oparte na dwuzaworowych amortyzatorach, szczególnie w ustawieniach komfortowych świetnie radzą sobie z wszelkimi nierównościami, a za sprawią piętnastostopniowej regulacji, nie jest także pozbawione wyraźnej dozy sztywności i precyzji. Naturalnie, tryb sportowy jest raczej zbędny, gdyż nie uświadczenie tu emocji, ale samochód oferuje pozytywne odczucia nawet przy zdecydowanie za szybkiej i uduchowionej jeździe, a nadwozie przy tym niemal nie wychyla się na zakrętach. Wersja R-Line jest dodatkowo obniżona o piętnaście milimetrów względem innych modeli, aczkolwiek w codziennej jeździe jest to niemal niewyczuwalne. W przeciwieństwie do sporego promienia skrętu, który za sprawą wydłużonego rozstawu osi, przeszkadza w manewrowaniu na wąskich uliczkach czy ciasnych parkingach.
Naturalnie w 2025 roku wszystko jest drogie, więc nawet zwykły Passat kosztuje krocie. Co prawda wersja R-Line jest całkiem bogato wyposażona, ale nie zmienia to faktu, że wariant z silnikiem z Golfa GTI kosztuje ćwierć miliona. Wiadomo, że w przeliczeniu na metr oferowanej przestrzeni Superb jest nie do pobicia, a Seria 3 oferuje jakiekolwiek wrażenia z jazdy. Passat nie jest idealny niemal w żadnej kategorii, ale w każdej jest bardzo dobry, co czyni z niego nie tylko świetny samochód, ale także kompana podróży. Dodatkowo nie wydaje się przekombinowany ani nad wyraz skomplikowany, co docenią kierowcy od czterdziestki w górę.
Wnętrze Volkswagena Passata Variant