a

 

Ostatni z wielkich 

Dynamika i komfort porównywalne ze współczesnym samochodem wyższej klasy to cechy topowego Mercedesa W111 cabrio. Kilkadziesiąt kilometrów za kierownicą wersji 280 SE 3.5 było wielką przyjemnością. 

Auto, które otrzymałem do dyspozycji, należy do Mercedesa i zapewne jeździ tak samo jak egzemplarz opuszczający fabrykę 40 lat temu. To wóz idealny do testu, bo jest dokładnie taki, jakiego otrzymywał po wpłaceniu zawrotnej sumy 37 tys. marek (więcej niż za podstawowego Rolls-Royce’a) zamożny klient w 1971 roku. A dokładnie, jakim autem wyruszę za chwilę na kręte drogi pewnej hiszpańskiej wyspy? 
Kabriolety Mercedesa z linii W111 pojawiły się w 1961 roku ale mimo komfortu i elegancji, pierwotny 120-konny silnik (W111 220 SEb) nie pozwalał na szczególnie dynamiczne przemieszczanie. Znacznie lepiej radziła sobie wersja 300 SE (tylko ona nosiła oznaczenie W112) z 6-cylindrówką o mocy 160 KM, wprowadzona rok później, którą w 1968 roku zastąpiła nowocześniejsza jednostka o zbliżonej mocy ale o pojemności 2800 cc (W111 280 SE). Po drodze (1965) na rynku zadebiutowała odmiana 250 SE (powstało jej najmniej, 954 sztuki), zastępując 220SEb. 1969 rok był dla kabrioletów W111 najszczęśliwszy. 200 koni pod maską za sprawą 3,5-litrowego silnika V8 to było to, na co ten luksusowy samochód czekał z utęsknieniem. Od tańszej wersji 280 SE dostępnej w tym samym czasie odróżniało go jeszcze kilka istotnych cech: elektronicznie sterowany wtrysk paliwa Bosch D-Jetronic, 4-biegowa automatyczna skrzynia biegów, prędkość maksymalna powyżej 200 km/h, materiały wykończeniowe we wnętrzu, no i oczywiście cena, wyższa o około 20%. 


Otwarta wersja W111 nie miała w gamie Mercedesa bezpośredniego następcy, czyli pełnowymiarowego 4-osobowego kabrioletu. Na wskrzeszenie tej koncepcji trzeba było poczekać aż do premiery modelu W124 w 1991 roku. Po W111 nastała era 107-ek, średnich kabrioletów dwumiejscowych, które zastąpiły zarówno W111-ki jak i W113 Pagodę. Wszystko to było istotne gdy wsiadałem do auta widocznego na zdjęciach. Reprezentuje ono koniec pewnej ważnej epoki oraz stanowi jej szczytowe osiągnięcie. Jazda takim samochodem przynosi szczególne wrażenie obcowania z produktem, który w swoim czasie lepszy już właściwie być nie mógł. Trudno wskazać jakiś element, którego brakuje w W111 V8. Jest wspomniana automatyczna skrzynia biegów, dobre stereofoniczne radio Beckers Grand Prix, klimatyzacja, zegarek, obrotomierz, deska rozdzielcza z drewna orzechowego. Fotele są elegancko wykończone i bardzo wygodne, wszystkie 4 szyby opuszczamy oczywiście elektrycznie. Przed wyjechaniem na szosę warto jeszcze zdać sobie sprawę z wartości samochodu. Do klientów trafiły jedynie 1232 sztuki kabrioletów 280 SE 3.5 i obecnie dobre egzemplarze wyceniane są na około 115 tys. euro. 


O tym, z jaką łatwością i klasą obudził się do pracy ośmiocylindrowy silnik Mercedesa po przekręceniu kluczyka można by napisać oddzielny rozdział. Delikatny pomruk z wydechu i niemal całkowity brak wibracji od samego początku. Po naciśnięciu na gaz reakcja jest szybka, choć nie natychmiastowa, a nadwozie rusza się wtedy delikatnie na boki. Kulka na końcu krótkiej i cienkiej dźwigni automatycznej skrzyni miło leży w prawej dłoni, a przesunięciu jej w pozycję „4” (odpowiednik „drive”) nie towarzyszy ani hałas ani szarpnięcie, a jedynie miękki mechaniczny odgłos zapięcia biegu. Kierownica wykonana z imitacji kości słoniowej jest ogromna, ma miękki „bezpieczny” środek i dotyka nieco do nóg. Zegary są duże i wyraźne, pozycję kierowcy można określić jako kanapowo-telewizyjną, ale nie sądzę, by jakakolwiek inna była tu na miejscu. Wszystko jest jak trzeba, nawet oba łokcie spoczywają wygodnie podparte, a dłonie sięgają wtedy dołu kierownicy. Nieprawidłowe ułożenie „za dwadzieścia pięć szósta”? Kto by się tym przejmował. Złożony dach spoczywa w doskonale zaprojektowanej wnęce przykrytej dopasowanym pokrowcem. 
Piękne i unikalne auto, nad głową słońce a przede mną 50 kilometrów po krętych i równych szosach. Nie ma co zwlekać. Już wyjazd z parkingu przynosi sympatyczne wrażenia. Świetne wspomaganie, dobre poczucie gabarytów samochodu, silnik płynnie wkręca się na obroty a do tego nadal go niemal nie słychać. Z W111-ką w tej wersji poradzi sobie każdy kierowca, nawet jeżdżący dotychczas współczesnymi autem. To na pewno idealna propozycja dla bardzo majętnego nowicjusza w branży klasycznej motoryzacji. 


Przed wjazdem na krótki odcinek autostrady sprawdzam jeszcze hamulce. Kolejny element, który trzeba pochwalić. Nie wymagają siły, a skuteczność wręcz zadziwia. Dynamikę samochodu oceniłbym na zbliżoną do porównywalnego współczesnego auta powiedzmy z nowoczesnym silnikiem 2-litrowym. Silnik V8 zaczyna być wyraźnie słyszalny przy prędkości 100 km/h, ale od tego momentu zaczyna się też oczywisty dla tego typu nadwozia z 4 siedzeniami problem z zawirowaniami i wiatrem. Rozpędzając się dalej efekty powietrzne zaczynają dominować nad innymi odgłosami. Wkrótce staje się to dokuczliwe, ale samochód bez protestu przyspiesza dalej i jeśli ktoś czerpie przyjemność z bliskiego obcowania z trąbą powietrzną, może swobodnie podróżować W111-ką V8 z prędkością 160 km/h. Ale szybciej, choć silnik na to pozwala, nie da się już jechać z otwartym dachem. Najlepiej, a właściwie najbardziej komfortowo jeździ się z prędkością 100 km/h. Mamy wtedy względną ciszę i spokój, a pod nogą mnóstwo mocy na wyprzedzanie. 
Słowo o zawieszeniu. Tu jest chyba najmniej współcześnie, ale po kilku kilometrach można się nauczyć reakcji auta, przewidywać je i po jakimś czasie nawet bawić się jego naturalnymi przechyłami, nurkowaniami itp. objawami. Za to komfort jest bezdyskusyjny, wóz płynie po drodze, bardzo dobrze połyka ewentualne nierówności. Gorzej jest jedynie z poprzecznymi garbami i wyrwami, ale te w normalnym kraju spotyka się jedynie na osiedlowych uliczkach i parkingach. 
Taki Mercedes to samochód idealny dla wymagającego, lubiącego komfort i prestiż zamożnego amatora zabytków, nie odstający pod wieloma względami od współczesnych eleganckich kabrioletów, a do tego na pewno dobra lokata kapitału. Nie trzeba mozolnie uczyć się nim jeździć, ograniczać się w operowaniu gazem, nigdy prowadząc go nie poczujemy się zawalidrogą.


Tekst i zdjęcia: Igor Jurecki

[ zamknij okno ]